Czytając na ten temat w dzienniku byłem zaskoczony. Wydaje mi się to lekko abstrakcyjne i nie jestem w stanie sobie wyobrazić sytuacji o jakich tam piszą. Nie mogę zobaczyć męża wychodzącego z pokoju rzucającego do żony i tego jakby nie mówić obcego faceta „powodzenia”, bądź „do dzieła”, jak takich mąż musi się czuć czekając na finisz i mając świadomość tego co się właśnie dzieje za jego przyzwoleniem. Ja bym z czymś takim chyba żyć nie umiał i przede wszystkim nie pozwolił bym nigdy na coś podobnego. Ciekawe także jak się czuje partnerka takiego „zapładniecza”. To też chyba nie jest zbyt miłe uczucie, bo w moim mniemaniu narusza w jakiś sposób podstawy związku. Zresztą takie „kupowanie dziecka” jest też dla mnie wątpliwe moralnie…
Ze społecznego punktu widzenia o wiele lepszą metodą na rodzicielstwo dla par, które nie mogą mieć dzieci jest adopcja. Lecz częśc ludzi chce przejść cały „cykl” rodzicielstwa, począwszy od ciąży, a tego z oczywistych powodów adopcja nie jest w stanie zapewnić.
Lepszą, ale i droższą metodą od tej poruszanej w temacie jest chyba in vitro, gdyż moim zdaniem nie narusza właśnie tej intymnej podstawy związku.
Reasumując generalnie raczej bym odrzucał tę metodę, a przychylał do pozostałych dwóch w zależności od zamożności i preferencji rodziców.